UWAGA POSTAĆ JUSTINA W OPOWIADANIU JEST TYLKO STWORZONA NA KSZTAŁT JEGO WYGLĄDU NIE JEST ON SŁAWNYM BIEBEREM TYLKO ZWYKŁYM CHŁOPAKIEM.
- Chodź Alex! -Usłyszałam za sobą mocny i stanowczy głos Carmen.
- Iii-idę - Odpowiedziałam cicho jąkając się.
Odwróciłam głowę od chłopaka i ruszyłam w kierunku drzwi naszej nowej klasy.
Klasa nie była duża,mimo tego bardzo przytulna i nowoczesna.W środku znajdowały się trzy rzędy po pięć dwuosobowych, metalowych ławek.Na każdym stoliku leżał laptop z przyklejonym na nim numerem.Zajęłam miejsce obok Carmen.Powoli usiadłam na krześle oglądając się po klasie w wiadomym celu.Do rzeczywistości sprowadził mnie głos Tracey Mussel - mojej wychowawczyni.
- Witam drogich pierwszoklasistów! - Wesoło przywitała nas nauczycielka - Nazywam się Tracey Mussel i jest mi niezmiernie miło z tego powodu,iż będę waszą "szkolną mamą".
Na te słowa wszyscy cicho się zaśmiali,łącznie z panią Mussel.
- Mam nadzieję, że nasza klasa będzie zgrana i wszyscy się polubią.Na samym dole jest wasz nowy plan na ten tydzień.Może on ulec zmianie, ale o wszystkim was oczywiście powiadomię!
Monolog wychowawczyni trwał jeszcze z dobre pół godziny,aż w końcu Tracey pożegnała się ze swoimi podopiecznymi i pozwoliła nam się rozejść.
- Alex,moja mama po mnie przyjechała.Chcesz jechać z nami? - powiedziała Carmen wychodząc z klasy.
- Nie,nie trzeba.Przejdę się.Poza tym,chciałabym spisać plan chociaż na jutro. - uśmiechnęłam się do przyjaciółki ciepło i uścisnęłam ją na pożegnanie.
- Jak chcesz.Zadzwonię,cześć Alex.- nim odwróciłam się, aby cokolwiek powiedzieć straciłam ją z pola mojego widzenia.
Przypomniałam sobie słowa pani Mussel i zeszłam na sam dół naszej szkoły.Moim oczom ukazała się gablotka z różnymi dyplomami i medalami za różne osiągnięcia, czy to sportowe czy naukowe.Po prawej stronie była gazetka samorządu i wielki plan lekcji.Odszukałam moją klasę i spojrzałam na ilość jutrzejszych zajęć.
- Cholera..- zaklęłam w myślach kiedy spojrzałam na lekcje.
Zaczęłam szperać w torebce, kiedy przypomniało mi się,że oprócz telefonu i gum do żucia nie ma w niej nic. Wyjęłam telefon i zrobiłam zdjęcie planu na jutrzejszy dzień. Zadowolona z siebie schowałam telefon do torebki i odwracając się ku wyjściu cofnęłam się pod ścianę.
- Witaj - usłyszałam znajomy głos.
- Justin..
- Nadal pamiętasz moje imię?Nie wierzę. - spojrzał na mnie, a w jego głosie wyraźnie wyczuwalny był sarkazm.
- Nie wygłupiaj się,nie mam na to ochoty.Muszę już iść. - Próbowałam odsunąć się od niego, ale zabrakło mi miejsca i nie miałam nawet jak go ominąć i wyjść z budynku. Spojrzałam w jego oczy, ale zaraz odwróciłam wzrok.Nie potrafiłam spojrzeć w nie kolejny raz.Było w nich coś dziwnego..Żal,strach, a jednocześnie ból i przywiązanie.Jego karmelowe tęczówki były jak szklanka.
- Możemy porozmawiać normalnie Alexandro Hoodles? - Położył ostry nacisk na słowo NORMALNIE, a ja zmusiłam się do spojrzenia na niego.
- Nie można było tak od razu?Tylko na wstępie rzuciłeś się na mnie jak na owce? - Spojrzałam na niego z góry i ruszyłam w kierunku wyjścia.Dochodząc do drzwi spojrzałam na Justina - No idziesz czy nie?
- Taaa - Ruszył powolnym krokiem w moją stronę.
Dziesięć minut szliśmy w zupełnej ciszy.W końcu nie wytrzymałam i zapytałam :
- No więc o czym chciałeś porozmawiać? - spojrzałam na niego przygryzając dolną wargę.
- Nie udawaj głupiej - zaśmiał się ironicznie - Dobrze wiesz o czym.
- Hmmm...najwidoczniej jestem głupsza niż myślałeś - odpowiedziałam z sarkazmem dorównując mu kroku.
- Widzisz...- zaczął - Jesteśmy w jednej klasie więc raczej trudno nam będzie się omijać.
- Naprawdę?Coś ty,dam radę. - kolejny raz przerwałam mu sarkazmem.
- Alex!Co jest z tobą do cholery! - podniósł ton głosu i zrobił się bardziej czerwony na twarzy co wywołało u mnie mieszane uczucia.Przez chwilę byłam z siebie dumna, że doprowadziłam go do niemalże kresu wytrzymałości, a z drugiej widziałam dawnego Justina.Tego, który tak bardzo mnie zranił i w brutalny sposób pozostawił ślad w mojej przeszłości.
- Co jest ze mną?Co jest z tobą Justin!Nie odzywasz się do mnie rok!Jeden pieprzony rok!Zostawiając mnie samą! - spojrzałam na niego ze łzami w oczach - Niczego wtedy bardziej nie potrzebowałam jak bycia z Tobą!
W zeszłym roku spotykałam się z Justinem.Był to czas jego buntu.Alkohol,papierosy i inne świństwa powodowały huśtawki jego nastrojów.Rodzice Biebera byli wykształconymi,ustabilizowanymi w życiu ludźmi.Kiedy dowiedzieli się o jego problemach z nałogami, zrobili wszystko aby odciąć go od tego towarzystwa - w tym ode mnie.Dzień przed przeprowadzką Justin przyszedł do mnie - oczywiście jak zawsze pod wpływem alkoholu - Zaczął wykrzykiwać, że jestem dziwką i nic niewartą szmatą.Podobno jego koledzy widzieli mnie idącą za rękę z młodszym o rok Niholsonem w parku, co oczywiście było kompletną bzdurą!Nigdy w życiu nie dotknęłabym go kijem, a co dopiero dłonią.
Tego samego wieczora, Bieber wyrzekł się miłości do mnie i naszych wspólnych przeżyć.Nie chciałam go wtedy widzieć.Po tym wszystkim.Po tym jak go ukrywałam przed rodzicami,żeby tylko mógł pójść z kolegami na browara. Kiedy prałam mu polane wódką ciuchy,kiedy w środku nocy, narażając siebie, przychodziłam po niego do kolegów i zabierałam stamtąd ledwo żywego.Po tym jak dostałam w twarz od rodziców za oszustwa i butelki po piwie leżące w moim pokoju.Oczywiście całą winę zrzucałam na Siebie.Nie chciałam,aby mój chłopak za nic odpowiadał.Chciałam jedynie być dla niego idealna, bez wad i totalnie perfekcyjna. Po tym wszystkim dostałam podziękowanie w stylu "nigdy Cię nie kochałem,teraz możesz spierdalać.
W tamtej chwili poczułam się okropnie.Po tym jak wyrzuciłam go z domu pobiegałam na górę, rzucając się na łóżko zaczęłam rozpaczać.Płakałam jak pięciolatka, która wywróciła się na czterokołowym rowerku i zdarła skórę z kolana.Mijały godziny, a mi wciąż nie brakowało łez.Nic mnie wtedy nie obchodziło.
Następnego dnia rano mama zapukała do mojego pokoju, aby poinformować mnie, iż moja chora babcia nie żyje.To było jak potężny cios w twarz.Świat przewrócił mi się do góry nogami.
Wysłałam milion sms'ów do Justina z wiadomością co się stało i jak mi źle.Miałam nadzieję,że to co powiedział poprzednio nie miało żadnego znaczenia.W odpowiedzi otrzymałam jedynie "Nic dla mnie nie znaczysz, od dziś się nie znamy".
Było mi strasznie ciężko.Nie miałam oparcia w rodzicach,ponieważ sami ledwo radzili sobie ze śmiercią babci.Jedyną moją pocieszycielką była Carmen i to jej zawdzięczam wszystko.
- Wiesz, że nie mogłem postąpić inaczej Alex - stanął przede mną zmuszając mnie do zatrzymania się.
- Tak wiem...Musiałeś mnie zostawiać w najgorszym momencie mojego życia.Wiesz, mogłeś obciąć mi rękę, mniej by bolało.
Po tych słowach ominęłam go i ze łzami w oczach ruszyłam w stronę domu.Zza pleców dochodziły błagalne słowa Justina, na które nie zwracałam uwagi.Chciałam jedynie, aby to był tylko zły sen.Nie mogłam do tego wracać.Nie teraz, kiedy dopiero unormowałam sobie życie.
Po kilku minutach doszłam do domu.Nie było nikogo.Położyłam buty w przedpokoju i schodami pobiegłam na górę.Ściągnęłam niewygodne ubranie, zabierając ze sobą krótkie jeansowe spodenki i szarą bluzę.ruszyłam w stronę łazienki.Stojąc przed lustrem, wiążąc niechlujnego koka zastanawiałam się nad dzisiejszym południem i tym co się wydarzyło.Moje rozmyślenia przerwał dźwięk sms'a...
Cześć Kochani :) I jak po weekendzie? Jak podoba Wam się rozdział? Myślicie, że Alex powinna dać się wytłumaczyć Justinowi?Ciekawe kto wysłał jej smsa!Komentujcie i sprawdzajcie!Im więcej was tym więcej rozdziałów!Dobranoc misie : *
poniedziałek, 20 maja 2013
niedziela, 19 maja 2013
ROZDZIAŁ PIERWSZY
UWAGA!POSTAĆ JUSTINA W OPOWIADANIU JEST TYLKO STWORZONA NA KSZTAŁT JEGO WYGLĄDU.NIE JEST ON SŁAWNYM BIEBEREM TYLKO ZWYKŁYM CHŁOPAKIEM.
- Aaaaaaaaaaaaaaaalex! - głos mamy wyrwał mnie ze snu i zmusił do otworzenia oczu.
Przewróciłam się na drugi bok usiłując ponownie wrócić do "krainy snów", kiedy drzwi mojego pokoju gwałtownie otworzyły się, a w nich stanęła niska blondynka z uśmiechem na ustach.
- Mamo, jeszcze pięć minut! - ciągnęłam błagalnym tonem.
- Wstawaj kochanie,koniec lenistwa.Wakacje się skończyły! - Zawsze musi dobić człowieka z samego rana,no przecież bez tego się nie obejdzie.
Powoli zwlekłam się z łóżka ubierając na siebie różowy szlafrok i kapcie.Wolnym krokiem zeszłam po schodach do kuchni.Przy stole siedział już tata pijąc kawę i czytając gazetę.Był on mężczyzną po czterdziestce.Jak na swój wiek, mimo ciągłego zapracowania trzymał się bardzo dobrze" Dzień jak co dzień " - pomyślałam i przywitałam się z nim.Zaraz po mnie weszła mama,która tego dnia była naprawdę pełna energii,czego nie można było powiedzieć o mnie.Tuż za nią pojawił się mój brat Jassper - dzieciak, który naprawdę ostro mnie denerwuje w tym dniu bynajmniej mi nie przeszkadzał.
W kuchni zrobił się już lekki tłok, a na zegarze wybiła 9:00.Miałam dokładnie godzinę do rozpoczęcia szkolnego apelu, a byłam w totalnym proszku ze wszystkim.Pobiegłam na górę do mojego pokoju i otworzyłam drzwi szafy.Długo zastanawiałam się co na siebie włożyć, w końcu zdecydowałam się na krótką obcisłą, czarną spódniczkę i białą bokserkę.Szybkim krokiem ruszyłam ku łazience.Odkręciłam wodę i przygotowałam się do wzięcia prysznicu.Umyłam włosy, a zraz po tym je wysuszyłam.
- Loki czy proste? - spojrzałam na swoje dość długie, czekoladowe kosmyki.
Zdecydowałam się na lekkie loczki.W sumie to nie miałam czasu na inne artystyczne przejawy fryzjerstwa.
Nie lubiłam się malować, więc także dziś nie chciałam tego robić.Niestety wielki pryszcz pokrzyżował moje plany.Z kosmetyczki wyciągnęłam fluid i naniosłam odrobinę na policzki i nos.
- Od razu lepiej! - uśmiechnęłam się do siebie i puściłam zabawnie oczko.
Wróciłam do pokoju, zabrałam małą czarną torebkę w której był mój telefon, paczka miętowych gum do żucia i jakieś spinki.Wyjęłam z szafy szary sweterek i delikatnie narzuciłam go na ramiona.Podchodząc do toaletki naniosłam trochę perfum na nadgarstki i szybko zeszłam po schodach do przedpokoju.Na dole czekała już na mnie mama i Jassper.
- Pięknie wyglądasz córeczko, jesteś już gotowa? - spojrzała na mnie i ścisnęła przyjaźnie moją dłoń.
- Taaak, możemy już wychodzić? - uśmiechnęłam się do niej ubierając szare baleriny z malutką kokardką.
- Mark,jadę odwieźć dzieciaki do szkoły - krzyknęła mama otwierając frontowe drzwi i wychodząc.
Pożegnałam się z tatą i pobiegłam za bratem.Zajęłam miejsce z przodu zapinając pas.W końcu ruszyliśmy.
Mieszkałam w malowniczej okolicy przedmieścia.Do szkoły miałam może piętnaście minut pieszo, ale często jeździłam do niej z mamą.Podwoziła mnie, bo sama jechała do pracy przed dziewiątą.Zazwyczaj podwoziła też Carmen do czasu kiedy zamieszkała po drugiej stronie miasta. Carmen to moja najlepsza przyjaciółka.Trochę zwariowana i głupiutka.Mimo wszystko znałam ją dziesięć lat i kochałam ponad wszystko.Ufałam jej, nigdy mnie nie zawiodła.
Kiedy dojechaliśmy poczułam lekkie mrowienie w żołądku.Nie wiedziałam czy to przez rozpoczęcie pierwszego roku liceum czy przez to, że nie zjadłam śniadania.Zdecydowanie to drugie.
Nigdy nie należałam do osób, które są ciche i skromne.Wręcz przeciwnie.Byłam zuchwała i pewna siebie.W gimnazjum miałam wielu znajomych i zawsze byłam w centrum uwagi.Mimo tego nigdy nie uważałam się za lepszą i chętnie wszystkim pomagałam.
Uśmiechnęłam się do mamy i podziękowałam buziakiem w policzek.Wysiadłam z samochodu i ruszyłam ku drzwiom.Szkoła była duża, a więc bałam się, że mogłabym się w niej zgubić.Na drzwiach była przydzielona lista uczniów i ich wychowawców.Do tej pory nie wiedziałam z kim będę w nowej klasie prócz Carmen.Czytając listę osób, poczułam jak zaciska mi się serce, a żołądek przewraca się do góry nogami. Moje oczy zawiesiły się na nazwisku "Bieber" - Justin Bieber. Przygryzłam wargę w nadziei, że może źle przeczytałam lub pomyliłam litery imienia.Niestety nic takiego się nie wydarzyło.Wszystko było napisane czarno na białym.To znaczy,że Justin Drew Bieber znów mieszka w moim mieście, co więcej chodzi ze mną do klasy.
Z głębokich przemyśleń wyrwał mnie łagodny głos Carmen.
- Ej Alex!Gdzie ty się podziewasz!Nasza klasa jest na trzecim piętrze,pośpiesz się! - zaśmiała się i przytuliła mnie na przywitanie.
- Carmen! - podeszłam do niej i wtuliłam się w ramiona przyjaciółki - Widziałaś listę?
- Hmm..no tak widziałam - spuściła wzrok jednocześnie nerwowo poruszając nogą.
- Nie wiesz może co on tutaj robi? - spojrzałam na nią niepewnie.
- Wiesz Alex, straciłam z nim kontakt w tym samym czasie co ty, nic o nim nie wiem.
Teraz pewnie zastanawiacie się kim jest Justin.No więc Justin to bardzo przystojny młodzieniec, z którym łączyła mnie nieprzyjemna przeszłość.Za nic w świecie nie chciałabym do tego wracać.Niestety los chce inaczej i nie koniecznie tak jak ja.
Spojrzałam na przyjaciółkę i pociągnęłam ją za rękę w stronę schodów.
- Spóźnimy się już pierwszego dnia! - zachichotałam i pobiegłam schodami za Carmen.
Schody były kręte, a nasza klasa znajdowała się stosunkowo wysoko.Kiedy dotarłyśmy na samą górę ujrzałyśmy grupkę osób luźno rozmawiających i spoglądających na siebie.Podeszłyśmy bliżej.Mimo tego jak bardzo się przed tym broniłam w od razu w oczy rzucił mi się wysoki szatyn w czarnych spodniach, skórze i ciemnych okularach przeciwsłonecznych.Jego wzrok sparaliżował mnie całą.
TAK KOŃCZY SIĘ PIERWSZY ROZDZIAŁ OPOWIADANIA :) JEŚLI CHCECIE ABY POJAWIŁ SIĘ NOWY TO SPRAWDZAJCIE BLOGA I KOMENTUJCIE,BUUUZI ; *
- Aaaaaaaaaaaaaaaalex! - głos mamy wyrwał mnie ze snu i zmusił do otworzenia oczu.
Przewróciłam się na drugi bok usiłując ponownie wrócić do "krainy snów", kiedy drzwi mojego pokoju gwałtownie otworzyły się, a w nich stanęła niska blondynka z uśmiechem na ustach.
- Mamo, jeszcze pięć minut! - ciągnęłam błagalnym tonem.
- Wstawaj kochanie,koniec lenistwa.Wakacje się skończyły! - Zawsze musi dobić człowieka z samego rana,no przecież bez tego się nie obejdzie.
Powoli zwlekłam się z łóżka ubierając na siebie różowy szlafrok i kapcie.Wolnym krokiem zeszłam po schodach do kuchni.Przy stole siedział już tata pijąc kawę i czytając gazetę.Był on mężczyzną po czterdziestce.Jak na swój wiek, mimo ciągłego zapracowania trzymał się bardzo dobrze" Dzień jak co dzień " - pomyślałam i przywitałam się z nim.Zaraz po mnie weszła mama,która tego dnia była naprawdę pełna energii,czego nie można było powiedzieć o mnie.Tuż za nią pojawił się mój brat Jassper - dzieciak, który naprawdę ostro mnie denerwuje w tym dniu bynajmniej mi nie przeszkadzał.
W kuchni zrobił się już lekki tłok, a na zegarze wybiła 9:00.Miałam dokładnie godzinę do rozpoczęcia szkolnego apelu, a byłam w totalnym proszku ze wszystkim.Pobiegłam na górę do mojego pokoju i otworzyłam drzwi szafy.Długo zastanawiałam się co na siebie włożyć, w końcu zdecydowałam się na krótką obcisłą, czarną spódniczkę i białą bokserkę.Szybkim krokiem ruszyłam ku łazience.Odkręciłam wodę i przygotowałam się do wzięcia prysznicu.Umyłam włosy, a zraz po tym je wysuszyłam.
- Loki czy proste? - spojrzałam na swoje dość długie, czekoladowe kosmyki.
Zdecydowałam się na lekkie loczki.W sumie to nie miałam czasu na inne artystyczne przejawy fryzjerstwa.
Nie lubiłam się malować, więc także dziś nie chciałam tego robić.Niestety wielki pryszcz pokrzyżował moje plany.Z kosmetyczki wyciągnęłam fluid i naniosłam odrobinę na policzki i nos.
- Od razu lepiej! - uśmiechnęłam się do siebie i puściłam zabawnie oczko.
Wróciłam do pokoju, zabrałam małą czarną torebkę w której był mój telefon, paczka miętowych gum do żucia i jakieś spinki.Wyjęłam z szafy szary sweterek i delikatnie narzuciłam go na ramiona.Podchodząc do toaletki naniosłam trochę perfum na nadgarstki i szybko zeszłam po schodach do przedpokoju.Na dole czekała już na mnie mama i Jassper.
- Pięknie wyglądasz córeczko, jesteś już gotowa? - spojrzała na mnie i ścisnęła przyjaźnie moją dłoń.
- Taaak, możemy już wychodzić? - uśmiechnęłam się do niej ubierając szare baleriny z malutką kokardką.
- Mark,jadę odwieźć dzieciaki do szkoły - krzyknęła mama otwierając frontowe drzwi i wychodząc.
Pożegnałam się z tatą i pobiegłam za bratem.Zajęłam miejsce z przodu zapinając pas.W końcu ruszyliśmy.
Mieszkałam w malowniczej okolicy przedmieścia.Do szkoły miałam może piętnaście minut pieszo, ale często jeździłam do niej z mamą.Podwoziła mnie, bo sama jechała do pracy przed dziewiątą.Zazwyczaj podwoziła też Carmen do czasu kiedy zamieszkała po drugiej stronie miasta. Carmen to moja najlepsza przyjaciółka.Trochę zwariowana i głupiutka.Mimo wszystko znałam ją dziesięć lat i kochałam ponad wszystko.Ufałam jej, nigdy mnie nie zawiodła.
Kiedy dojechaliśmy poczułam lekkie mrowienie w żołądku.Nie wiedziałam czy to przez rozpoczęcie pierwszego roku liceum czy przez to, że nie zjadłam śniadania.Zdecydowanie to drugie.
Nigdy nie należałam do osób, które są ciche i skromne.Wręcz przeciwnie.Byłam zuchwała i pewna siebie.W gimnazjum miałam wielu znajomych i zawsze byłam w centrum uwagi.Mimo tego nigdy nie uważałam się za lepszą i chętnie wszystkim pomagałam.
Uśmiechnęłam się do mamy i podziękowałam buziakiem w policzek.Wysiadłam z samochodu i ruszyłam ku drzwiom.Szkoła była duża, a więc bałam się, że mogłabym się w niej zgubić.Na drzwiach była przydzielona lista uczniów i ich wychowawców.Do tej pory nie wiedziałam z kim będę w nowej klasie prócz Carmen.Czytając listę osób, poczułam jak zaciska mi się serce, a żołądek przewraca się do góry nogami. Moje oczy zawiesiły się na nazwisku "Bieber" - Justin Bieber. Przygryzłam wargę w nadziei, że może źle przeczytałam lub pomyliłam litery imienia.Niestety nic takiego się nie wydarzyło.Wszystko było napisane czarno na białym.To znaczy,że Justin Drew Bieber znów mieszka w moim mieście, co więcej chodzi ze mną do klasy.
Z głębokich przemyśleń wyrwał mnie łagodny głos Carmen.
- Ej Alex!Gdzie ty się podziewasz!Nasza klasa jest na trzecim piętrze,pośpiesz się! - zaśmiała się i przytuliła mnie na przywitanie.
- Carmen! - podeszłam do niej i wtuliłam się w ramiona przyjaciółki - Widziałaś listę?
- Hmm..no tak widziałam - spuściła wzrok jednocześnie nerwowo poruszając nogą.
- Nie wiesz może co on tutaj robi? - spojrzałam na nią niepewnie.
- Wiesz Alex, straciłam z nim kontakt w tym samym czasie co ty, nic o nim nie wiem.
Teraz pewnie zastanawiacie się kim jest Justin.No więc Justin to bardzo przystojny młodzieniec, z którym łączyła mnie nieprzyjemna przeszłość.Za nic w świecie nie chciałabym do tego wracać.Niestety los chce inaczej i nie koniecznie tak jak ja.
Spojrzałam na przyjaciółkę i pociągnęłam ją za rękę w stronę schodów.
- Spóźnimy się już pierwszego dnia! - zachichotałam i pobiegłam schodami za Carmen.
Schody były kręte, a nasza klasa znajdowała się stosunkowo wysoko.Kiedy dotarłyśmy na samą górę ujrzałyśmy grupkę osób luźno rozmawiających i spoglądających na siebie.Podeszłyśmy bliżej.Mimo tego jak bardzo się przed tym broniłam w od razu w oczy rzucił mi się wysoki szatyn w czarnych spodniach, skórze i ciemnych okularach przeciwsłonecznych.Jego wzrok sparaliżował mnie całą.
TAK KOŃCZY SIĘ PIERWSZY ROZDZIAŁ OPOWIADANIA :) JEŚLI CHCECIE ABY POJAWIŁ SIĘ NOWY TO SPRAWDZAJCIE BLOGA I KOMENTUJCIE,BUUUZI ; *
Subskrybuj:
Posty (Atom)